Zaloguj się

Menu

Kursy internetowe

Zagadka dla Czytelników bloga

Drodzy Czytelnicy!

 

Po dłuższej przerwie w pisaniu bloga zamieszczam kolejny dramatyczny list, który otrzymałam. Przeczytajcie go uważnie. Zachęcam do refleksji i podzielenia się swoimi doświadczeniami.

 

Witam Pani Profesor!

Jestem mamą dziewięciolatka który chodzi teraz do III klasy. W maju i czerwcu 2013 roku przeszedł badania psychologiczne i pedagogiczne. Ogólna opinia: dziecko z ryzyka dysleksji, deficyt w zakresie percepcji słuchowej, trudności artykulacyjne, niskie tempo pracy i samodzielność zadaniowa. Chodzi na zajęcia pedagogiczne i logopedyczne, ponadto ćwiczymy w domu. Mimo to w kwestii czytania jest na poziomie początku klasy I . Ma znaczne problemy z nauką języka angielskiego. Z matematyką jest w porządku, jeśli przeczyta się mu treść zadania. Dobrze idzie mu nauka na pamięć i zamiast czytać, zapamiętuje. Zaczyna się wstydzić przed klasą i nie chce czytać na głos, mimo że wie, iż opanował w miarę czytankę. Podczas pierwszego czytania nowego tekstu sam składa wyrazy do 4 liter, czasami dłuższe, jeśli w nich są ułożone na zmianę samogłoski i spółgłoski. Szybko się dekoncentruję i zapomina, co pisał. Już nie wiem, jak mu jeszcze mogłabym pomóc.

Proszę bardzo o radę.

Pozdrawiam

MU

 

Droga Pani,

obawiam się, że mamy tu do czynienia z postacią głębokiej dysleksji. Na tym poziomie kształcenia (kl.III) należy zdiagnozować dysleksję, a nie "ryzyko dysleksji”, czyli zagrożenie, że dysleksja może wystąpić. Syn powinien być zbadany za pomocą metod diagnostycznych takich jak Bateria 8 lub Diagnoza dysleksji dla klasy III , które mogą wskazać, jakie funkcje rozwijają się z opóźnieniem i jak je rozwijać. To doskonale, że chłopiec ma zajęcia korekcyjno-kompensacyjne ze strony pedagoga i logopedy, oraz że Pani pracuje z nim w domu, zapewne w porozumieniu z wymienionymi już specjalistkami w dziedzinie terapii. Bez Pani codziennej pomocy i kontynuowania ćwiczeń skutki ćwiczeń specjalistycznych byłyby niedostateczne. W związku z tym proponuję, aby Pani zakupiła książkę "Uczeń z dysleksją w domu" (M. Bogdanowicz, A. Adryjanek, M. Rożyńska - wyd. OPERON z Gdyni - można zamówić przez internet) – jest tam wiele pomysłów na ćwiczenia z dzieckiem.

Myślę, że "ryzyko dysleksji" Pani syna było zauważalne w przedszkolu, a szczególnie w pierwszej klasie i już wtedy dziecko potrzebowało codziennych ćwiczeń. Teraz co najmniej raz w tygodniu musi mieć ćwiczenia specjalistyczne, a Pani powinna je codziennie kontynuować w domu. Jednym słowem - jak w sporcie: "pot i łzy" . Ale to się opłaca, za co najmniej 2 lata powinny być wyraźne skutki tej pracy. To będzie okres końca szkoły podstawowej i przygotowania do gimnazjum, gdzie czytanie jest narzędziem uczenia się.

Nauczycielka absolutnie nie powinna syna pytać z głośnego czytania przy całej klasie!!! Na pewno w opinii z poradni psychologiczno-pedagogicznej zamieszczono takie zalecenie. Najlepiej zrobić kopie opinii i wręczyć ją nauczycielowi i na tej podstawie porozmawiać z nim o problemach dziecka i poziomie wymagań , biorąc pod uwagę jego potrzeby i możliwości.

Serdecznie pozdrawiam,

Marta Bogdanowicz

 

Z rozmowy telefonicznej z matką chłopca dowiedziałam się, że mam rację – to na pewno poważne nasilenie specyficznych zaburzeń w czytaniu (głęboka dysleksja), uwarunkowane genetycznie (ojciec i matka mieli i nadal mają problemy w czytaniu i pisaniu). Dziecko ma ćwiczenia logopedyczne dopiero od klasy II. W przedszkolu chłopiec był badany przez logopedę, ale ponieważ nie odezwał się podczas badania (stwierdzono, że był nieśmiały), nie został zdiagnozowany! Na koniec roku matka, odbierając teczkę z pracami dziecka, zorientowała się, że olbrzymia część zadań nie została wykonana. Przez całe wakacje pracowała z dzieckiem, m.in. na tych materiałach, aby go przygotować do szkoły. Nie znalazł się żaden nauczyciel w przedszkolu, który poinformowałby rodziców, że dziecko nie bierze udziału w zajęciach, że ma problemy, że należy i gdzie należy pójść do logopedy.

A przecież mamy mojego autorstwa Skalę Ryzyka Dysleksji (SRD-6) w formie papierowej i komputerowej (Pracownia Testów Psychologicznych i Pedagogicznych w Gdańsku). Dzięki niej w ciągu 30 minut możemy ocenić wszystkie dzieci w grupie pod kątem zagrożenia dysleksją, dysortografią, dysgrafią, a nawet dowiedzieć się, jakie funkcje rozwijają się dobrze, jakie z opóźnienie, a więc co ćwiczyć (dysfunkcje) i na czym można się oprzeć (mocne strony rozwoju). Podstawą tego badania jest poznanie dziecka dzięki obserwacji, rozmowie z rodzicami, analizie wytworów dziecka. Badanie w wersji komputerowej polega tylko na zaznaczeniu odpowiedzi, komputer sam dokonuje obliczeń i rysuje profil badanych funkcji.

A teraz zagadka dla Czytelników bloga: gdzie się znajduje to przedszkole? Może na wsi, może w małym miasteczku? NIE! Niestety... w Gdyni!!! Co Państwo na to?

Komentarze (3)

Zaloguj się aby dodać komentarz

Sądzę, że nasz system kształcenia nie daje nauczycielom szans na dokładne przyjrzenie się problemom uczniów, zwłaszcza tych z tzw. "problemami". Liczą się tylko testy, osiągnięcia, statystyki. Jesteśmy zasypywani stosami papierów, a nie mamy czasu na to, co istotne, czyli na pracę z uczniem. Na szczęście coraz więcej osób / rodzice i nauczyciele/ świadomie poszukuje sposobów pomocy dla dziecka. Przykładów, jak ten ukazany wyżej jest sporo.

Koryna Marcinkowska

A może to jednak ... brak kompetencji..? Przecież pięciolatkom i sześciolatkom robi się diagnozy dwa razy w roku...
Wydaje mi się, że jednak należałoby postawić na dokształcanie nauczycieli.

Katarzyna Zmysłowska

Przez trzy lata pracowałam na stanowisku terapeuty pedagogicznenego w warszawskim przedszkolu integracyjnym. Etat został stworzony dzięki staraniom mądrej dyrektor przedszkola, która widziała potrzebę wspomagania rozwoju dzieci, była świadoma, jak ważny jest rozwój dziecka w okresie przedszkolnym, i że zmarnowanie tego czasu to niepowetowana strata. Po co czekać na stwierdzanie dysleksji w szkole i diagnozowanie niepowodzeń szkolnych, kiedy możemy takie zagrożenia przewidywać w okresie przedszkolnym i skutecznie im zapobiegać albo minimalizować.
Jednakże uświadamianie rodziców, że dziecko ma problem wcale nie jest proste. Wśród wielu rodziców panuje przekonanie, że dzieci rozwijają się radośnie i zupełnie samoczynnie i nie potrzebują do tego szczególnej pomocy. Czas spędzany w przedszkolu przez dziecko to oddech dla rodziców, którzy mogą się zająć w tym czasie swoimi sprawami. Jeśli widzą potrzebę edukacji czterolatka to ma ona polegać przede wszystkim na nauce j.angielskiego ( przecież wiadomo, że dzieci języków uczą się najszybciej). Jeśli dostrzegają jakieś braki u swej pociechy, to uważają, że samo z tego wyrośnie, bo przecież jest taki bystry i sam obsługuje tableta. Jak pójdzie do szkoły i tak się wszystkiego nauczy (myśl pozytywnie).
Nauczyciel przedszkolny nie jest w łatwej sytucji z jednej strony wkłada mu sie do głowy, że wszystkie sześciolatki powinny iść do szkoły, z drugiej strony widzi jak wiele dzieci do tej szkoły nie powinno jeszcze pójść, bo zwyczajnie nie są jeszcze do niej dojrzałe. Nauczyciele muszą dokonywać jakiejś selekcji wśród dzieci ogólnie niedojarzałych do szkoły i zwracać uwagę na te szczególnie niedojrzałe. Może na plan pierwszy wysuwa sie w ogóle kryterium, kto da radę wysiedzieć w ławce w czasie lekcji i dzieci spokojniejsze wypadają na tym tle lepiej. ( Pewnie dlatego chłopiec we wspomnianym wyżej liście został uznany, za takiego który da radę, bo był cichy i nie przeszkadzał.) Rozmawiałam z wieloma rodzicami, którzy posłali dzieci jako sześciolatki do klasy pierwszej i stwierdzają, że nie była to dobra decyzja.
Praca z dziećmi zagrożonymi dysleksją w okresie przedszkolnym jest efektywna, ale jak każda terapia wymaga czasu i kontaktu z rodzicem. Rodzic potrzebuje sie dowiedzieć, co jest naprawdę ważne, na co zwracać uwagę, jak pracować z dzieckiem, jak nie pogubić się i nie zostać ograbionym w zalewie pseudonaukowych terapii.
Poszukiwanie oszczędności w przedszkolach doprowadziło do likwidacji wielu etatów m.in. i terapeuty pedagogicznego, przynajmniej w Warszawie. Autorom zmian przyświecała zapewne rozsądna myśl - przecież terapia pedagogiczna ma leczyć trudności w czytaniu i pisaniu, zatem na co taki specjalista w przedszkolu, gdzie dzieci wcale nie muszą umieć czytac i pisać i nikt tam tego od nich nie wymaga. Według nich terapia pedagogiczna powinna mieć miejsce w szkole. A zatem w szkole rodzice się dowiadują ( wreszcie do nich dociera), mając dziecko w klasie drugiej, trzeciej ( w pierwszej nie przyjmuje się informacji negatywnych, bo to czas przystosowywania się do szkoły, a poza tym jest jeszcze nadzieja, że może dogoni, poza tym trzeba dać dziecku czas), że jest problem, bo literując każdy wyraz i przekrecając litery dziecko nie jest w stanie samodzielnie odrabiać lekcji, korzystać w pełni z zajęć lekcyjnych, nie przyswaja wiadomości, nie nadąża, bardzo nie lubi szkoły. Wtedy wychowawca i specjalista w szkole słyszą od rodzica - dlaczego nikt mi wcześniej nie powiedział ? A może ktoś próbował.
Konkluzja moja jest taka, że ani system oświatowy z jego organizacją pomocy psychologiczno-pedagogicznej, ani sami rodzice nie ułatwiają dziecku zagrożonemu dysleksją startu w szkole. Z jednej strony tuba propagandowa, że każdy sześciolatek poradzi sobie w szkole, z drugiej diagnoza dojrzałości wykonywana przez nauczyciela przedszkola. Po co? Jako informacja dla wychowawcy w szkole, że z tym dzieckiem będzie miał problem? Równocześnie likwidacja terapii pedagogicznej w przedszkolu, która jest wsparciem dla tych, co właśnie tej dojrzałości nie mają. Nauczyciel w przedszkolu, który ma 25 dzieci w grupie nie będzie pracował indywidualnie, tak samo i w szkole.
Dobrze, że mama chłopca wzieła sprawy w swoje ręce i rzetelnie zabrała się za pracę z dzieckiem, bo rodzic to najważniejszy terapeuta. Dobrze, że również szuka pomocy u specjalistów, bo ktoś powinien tą pracą pokierować.


Agnieszka Ambroziak

Profesor Marta Bogdanowicz

Gdy miałam 16 lat założyłam pierwszą drużynę harcerską – przy Szkole Podstawowej Nr 44 w Gdańsku. Drugą , która rozrosła się w szczep, przejęłam w 1961/62, podczas studiów w Krakowie, w Szkole Podstawowej Nr 1. Trzecia urodziła się w Gdańsku – naszych dwoje dzieci: syn i córka. Córka kontynuuje tradycje rodzinną – w stopniu doktora – jako trzecia generacja psychologów. Czwartą założyłam w Gdańsku w 1990/1991 roku – Polskie Towarzystwo Dysleksji – 5 listopada odbędzie się Jubileuszowa Konferencja z okazji 20-lecia jego działalności. Jak do tego doszło? 1/ Dobre geny – ojciec i mama – poznali się na psychologii, na Uniwersytecie Jagiellońskim studiowali u Prof. Stefana Szumana. 2/Dobra rodzina – dzięki temu, że Ciocia przyjęła mnie pod swój dach, mogłam kontynuować tradycję rodzinną – studiować psychologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. 3/Dobrzy ludzie – miałam dużo szczęścia, bo wspierali mnie wspaniali ludzie: w Gdańsku – druhna Krystyna Trappowa, mama mojej przyjaciółki, kochająca młodzież i dbająca o jej rozwój; w Krakowie społeczność wokół braterskiego Zielonego Szczepu, i znowu w Gdańsku – moje koleżanki , które nie zawiodły przy powstawaniu naszego stowarzyszenia: Renia Czabaj, Wisia Loebl, Hania Jaruchowska, Maria Pietniun, Ania Lipień, rodzice dzieci dyslektycznych, a z czasem tysiące osób, które zaangażowały się w ruch na rzecz dzieci i młodzieży z problemem dysleksji. 4/ Dobra praktyka profesjonalna – 26 lat pracy w Poradni Nerwic dla Dzieci w Gdańsku, w znakomitym interdyscyplinarnym zespołem: począwszy od szefowej prof. dr hab. Hanny Jaklewicz (psychiatra), koleżanek – pedagogów (dr Wirginia Loebl), skończywszy na pielęgniarce Basi Papierskiej, która rozbierała wywiady od rodziców na poziomie co najmniej magistra psychologii. Nasza poradnia z wolna przeniosła się na Uniwersytet Gdański, gdzie kolejne osoby podejmowały pracę. Ja – jak wynika z odebranego ostatnio listu gratulacyjnego Jego Magnificencji Rektora UG – od 45 lat pracuję w Instytucie Psychologii tej uczelni.