Zaloguj się

Menu

Kursy internetowe

Pseudonaukowe terapie

Zacznę od bezczelnej autoreklamy: właśnie ukazała się książka “Dysleksja rozwojowa - fakt i tajemnica” pod redakcją Marii Pecyny. A w niej rozdział mojego autorstwa zatytułowany “Nauka i psedonauka w terapii pedagogicznej”. Którego wersję roboczą może Czytelnik ściągnąć stąd.

W rozdziale stawiam tezę, iż część z obecnych na rynku metod terapii pedagogicznej ma charakter pseudonaukowy: udają one, że są oparte na naukowych dowodach, choć tak naprawdę z nauką mają niewiele wspólnego. Klasycznymi przykładami takich metod pseudonaukowych są, moim zdaniem, Kinezjologia Edukacyjna (Gimnastyka Mózgu) albo trening uwagi słuchowej Alfreda Tomatisa. 

Korzystając z prac innych autorów oraz własnych obserwacji podjąłem próbę przedstawienia typowych cech pseudonaukowych terapii. Ich obecność sugeruje, że mamy do czynienia z propozycją terapeutyczną, której brak jest naukowego poparcia i która prawdopodobnie okaże się nieskuteczna. Poniżej wyliczam te cechy w wielkim skrócie.

 O pseudonaukowości terapii świadczy po pierwsze treść teorii, która leży u jej podstaw, mianowicie:

  •  Niefalsyfikowalność: teoria jest tak sformułowana, że nie sposób poddać ją weryfikacji – naukowym badaniom, które mogą określić jej zgodność z rzeczywistością. Teoria jest niefalsyfikowalna albo dlatego że jest nazbyt ogólna i mglista, aby móc ją weryfikować, albo też odwołuje się do bytów niematerialnych, których z definicji nie da się zmierzyć (np. tajemniczych energii, o których często mowa w medycynie niekonwencjonalnej).

 

  • Brak łączności z dobrze potwierdzonymi faktami oraz powszechnie przyjętymi teoriami naukowymi. Teoria pseudonaukowa jest albo wprost z nimi sprzeczna, albo funkcjonuje niejako obok nauki: ignoruje to, co już wiemy na temat fukcjonowania mózgu, etiologii zaburzeń rozwojowych, itd.

 

  • Postulowanie nieprawdopodobnych mechanizmów przyczynowo-skutkowych

 

  • Manipulowanie specjalistyczną terminologią: nadawanie już uznanym terminom naukowym całkiem nowych znaczeń, albo wymyślanie własnej termnologii, która co prawda brzmi naukowo i robi wrażenie, lecz tak naprawdę nic nie znaczy

 

  • Oferowanie panaceów – jednego prostego rozwiązania na wszystkie problemy (np. twierdzenie iż ta sama metoda terapii jest skuteczna względem dysleksji, dyspraksji, autyzmu, itd.)

 

  • Niezmienność. Idee psedunaukowe to często bardzo stare, “odgrzane” pomysły, podane jedynie w nowym, bardziej atrakcyjnym opakowaniu

 Po drugie, o pseudonaukowości świadczy też sposób uzasadniania twierdzeń, mianowicie:

  • Selektywność w doborze i interpretacji wyników: poleganie na wynikach potwierdzających daną teorię oraz ignorowanie, zniekształcanie lub odrzucanie wyników jej przeczących

 

  • Rodzaj materiału dowodowego: przywiązywanie nadmiernej wagi do osobistych, jednostkowych doświadczeń (“świadectw”) osób, które mówią o tym jak bardzo terapia im pomogła. Ignoruje się przy tym fakt, że takie świadectwa są bardzo słabym materiałem dowodowym na skuteczność czegokolwiek, i pomniejsza znaczenie  systematycznych badań eksperymentalnych, które dostarczają najbardziej rzetelnych i trafnych dowodów na skuteczność terapii.

 

  • Niewspółmierność między pewnością siebie a przedstawianymi dowodami: skuteczność terapii jest rozgłaszana z wielką wiarą i przekonaniem, podczas gdy posiadane dowody są marne lub żadne.

 Po trzecie, warto też zwrócić uwagę na kontekst, w którym twierdzenia są stawiane. Tutaj psedunaukę sugeruje:

  • Kwalifikacje i dorobek autorów. Są nimi często osoby, które podkreślają swoje naukowe kwalifikacje (np. doktorat), lecz które de facto funkcjonują poza obiegiem nauki: nie publikują w recenzjowanych pismach naukowych, nie biorą udziału w naukowych konferencjach, nie mają kontaktu z żadnymi liczącymi się ośrodkami badań naukowych, itd.

 

  • Podreślanie nowości, rewolucyjnego charakteru proponowanych rozwiązań terapeutycznych – chociaż tak naprawdę często są to stare pomysły nieco tylko “przepakowane” (o czym wspomniałem już wyżej).

 

  • Sekciarstwo: obracanie się wyłącznie w kręgu wzajemnej adoracji, wokół guru – autora metody. W tym kręgu brak jest przyzwolenia na otwartą debatę czy krytykę – są one odbierane jako zdrada.

 

  •  Wysoka cena proponowanej terapii.

 

Rzecz jasna, terapie pseudonaukowe, będąc oparte na fałszywych przesłankach są z reguły nieskuteczne, i dlatego przede wszystkim nie warto ich stosować. Choć przypuszczam że w pewnych kontekstach pseudonaukowa terapia stosowana przez entuzjastycznego, pełnego charyzmy terapeutę może okazać się mimo wszystko pomocna, jeśli pozwala klientowi uwierzyć w siebie, w możliwość pokonania własnych trudności. Ale wówczas mechanizm działania terapii jest zupełnie inny niż ten, w który wierzy terapeuta – po prostu działa tu efekt placebo, samospełniająca się przepowiednia wiary w sukces. I takie pozytywne efekty pseudonaukowej terapii, jeśli w ogóle się pojawią, będą raczej skromne – chyba że terapeuta oprócz metod pseudonaukowych stosuje także inne, sprawdzone i skuteczne (np. po prostu uczy dziecko z dysleksją czytać i pisać).

 

Czytelnik tego bloga może mnie w tym miejscu oskarżyć o arogancję. Łatwo jest bowiem krytykować istniejące terapię z wygodnego uniwersyteckiego gabinetu – znacznie zaś trudniej jest stworzyć jakąś metodę, która rzeczywiście jest skuteczna, a jeszcze trudniej pracować z dziećmi na codzień. To prawda. Niemniej fakt pozostaje faktem: niektóre z istniejących na rynku ofert terapetycznych są nonsensem, gdyż  opierają się na z gruntu fałszywych wyjaśnieniach przyczyn i mechanizmów zaburzeń rozwojowych i składają fałszywe obietnice skuteczności. Dobry terapeuta musi posiadać dobrze nastrojone "czujniki nonsensu", aby takie fałszywe propozycje wykrywać i odrzucać.

Komentarze (7)

Zaloguj się aby dodać komentarz

Z wielką uwagą przeczytałam powyższy wpis, jak również polecany artykuł. Zgadzam się z ideą - marzy mi się sytuacja, w której nauczyciel wybiera spośród sprawdzonych i popartych naukowymi badaniami metod. Ale to przecież rzeczywistość dopiero postulowana przez dra Szczerbińskiego... W tej realnej ciągle musimy wybierać spośród niesprawdzonych i niepopartych, a co najtrudniejsze - weryfikować doświadczenia na żywym organizmie. Dobrze, jeśli wybierać możemy - autonomia nauczyciela w polskiej szkole to sprawa dyskusyjna. Wierzę, że kierując się zdrowym rozsądkiem, nie zrobiłam nikomu krzywdy. Co mi podpowiada zdrowy rozsądek? (Dalej będą herezje - dra Szczerbińskiego proszę o nieczytanie!) Jeśli działą, to robić dalej, jeśli nie działa, to odrzucić - nie zastanawiam się, d l a c z e g o działa lub nie. Jeśli gimnazjalista z ADHD przychodzi na przerwie i mówi "Posiedzę sobie tu u pani w pozycji Cooka, bo mi to pomaga w skupieniu się, a mam zaraz kartkówkę", to mu przecież nie powiem "Tak samo pomogłoby, gdybyś po prostu posiedział w jakiejkolwiek pozycji"..., albo kiedy widzę, że dziewczynka, która ma ogromne problemy z koordynacją, lepiej sobie radzi po regularnym stosowaniu ćwiczeń naprzemiennych, to nawet z szacunku dla nauki nie zamienię ich na inne. No i najważniejsze (siła osobistego przekonania!) - nic tak nie rozluźnia mięśni karku i pasa barkowego po kilkugodzinnym siedzeniu przy komputerze, jak krążenie szyją, sowa i aktywna ręka... Efekt placebo? Świetnie! Uwielbiam placebo! Nie pozostawia skutków ubocznych...

Beata Futkowska

Nie uzurpuję sobie absolutnie prawa do oceny terapii.( Uczę matematyki.) Czytałam, czasami zaglądam do "Zmyślnych ruchów, które doskonalą umysł" C. Hannaford i nie sądzę, że takie różne ćwiczenia były szkodliwe.
Przecież dawniej, gdy zajęcia/ zabawy dzieci miały więcej wspólnego z ruchem na świeżym powietrzu a woda była popularniejszym napojem chyba było lepiej.
Chyba jednak zgadzam się z Panią Beatą. Pozdrawiam

Ewa Chudy

Komentarz pani Ewy skłonił mnie do jeszcze jednej refleksji. Wydaje mi się, że w dyskusji naukowców z praktykami brakuje wspólnej płaszczyzny ze względu na różne podejście do kinezjologii (Tomatisa nie znam). Oceniając metodę całościowo, naukowcy krytykują w kinezjologii prawdopodobnie element równoważenia, z którego istnienia nie zdaje sobie sprawy większość praktyków (nauczyciele, którzy nie ukończyli kursu). Praktycy dostrzegają wartość ćwiczeń kinezjologicznych i stosują je jako jeden z elementów zajęć, wsparcie dla innych metod, wykorzystują w przerwach śródlekcyjnych, dla przygotowania ręki do pisania czy dla relaksu. Dlatego tak kategoryczna krytyka kinezjologii budzi przede wszystkim zdziwienie. Myślę, że zarówno w ocenie naukowej, jak i w rozmowach nienaukowych warto rozgraniczyć te dwa aspekty i uściślać, czy mówimy o równoważeniu (które większość terapeutów odrzuciło z różnych względów) czy o ćwiczeniach (które są powszechnie stosowane również przez osoby nieposiadające certyfikatu). Czy mogę mieć rację?

Beata Futkowska

No nareszcie widzę jakąś dyskusję :) !

Myślę że wszyscy zgadzamy się co do jednego: ćwiczenia fizyczne, które przygotowują rękę do pisania, relaksują czy po prostu pozwalają dzieciom rozprostować kości po siedzeniu w ławce są nie tylko nieszkodliwe ale wręcz bardzo wskazane. Przypuszczam że istnieją na to jakieś twarde naukowe dowody, ale mnie w tym przypadku wystarczy zdrowy rozsądek. I jeśli w tym kontekście dzieciom i nauczycielom podobają się ćwiczenia zaczerpnięte z gimnastyki mózgu, to chyba warto z nich korzystać. Podobnież z wodą – jak to p. Ewa ładnie ujęła, kiedy kiedy była popularniejszym napojem chyba było lepiej. Problem nie leży w ćwiczeniach, ani w piciu wody, tylko w psedonaukowych teoriach, które je uzasadniają.

Dość dobrze pamiętam mój pierwszy rok w szkole. Przypominam sobie i taki epizod: nasza pani przerywa lekcję, każe nam wstać i prowadzi krótką serię ćwiczeń rozciągająco – rozluźniających. Ich uzasadnienie przypomimam sobie tylko mgliście, ale jeśli się nie mylę, brzmiało: „Niedobrze jest siedzieć za długo, czasem trzeba trochę poćwiczyć”. Żadnych bzdur na temat równoważenia półkul, punktów energetycznych, itd. I to jest dla mnie przykład właściwego postępowania: dobra praktyka oparta na rozsądnej teorii.

Co do chłopca który mówi: „Posiedzę sobie tu u pani w pozycji Cooka, bo mi to pomaga w skupieniu się, a mam zaraz kartkówkę”: oczywiście że nie wdawałbym się z nim w teoretyczne dyskusje na temat pozycji Cooka, efektu placebo itd., tylko cieszył się bardzo, iż dzieciak wypracował sobie sposób na radzenie sobie ze swoim problemem – może skuteczny a może nie, ale na pewno pozytywny. I jak najbardziej uczyłbym dzieci z ADHD technik relaksacji, skupienia i uważności – ale wyjaśniałbym ich działanie bez odwołania się do psedonaukowych, fałszywych teorii.

W kwestii konieczności wyboru między niesprawdzonymi teoriami: faktycznie, on istnieje. Nauczyciel nie może przecież czekać w nieskończoność aż naukowcy wszystko sprawdzą. Ale nie trzeba czekać, aby stwierdzić, że pewne propozycje terapeutyczne wyglądają rozsądnie i prawdopodobnie (co nie znaczy że na pewno się sprawdzą), zaś inne już na wstępie wyglądają podejrzanie. Aby to stwierdzić często wystarczy wiedza wyniesiona ze szkoły średniej i studiów, doza zdrowego sceptycyzmu, i wyczulenie na pewien charakterystyczny pseudonaukowy „klimat” – o tym ostatnim traktuje wspomniamy przeze mnie artykuł.

Co do Kinezjologii Edukacyjnej: pojawiła się ona na moim blogu trochę mimochodem, jako bardzo charakterystyczny przykład pseudonaukowości. W gruncie rzeczy jest ona stosunkowo niewinna: choć jej podstawy teoretyczne są zasadniczo fałszywe a miejscami wręcz absurdalne (np. pogląd że pokarmy stałe nie zawierają wody w formie przyswajalnej przez człowieka), to proponowana praktyka – łagodne ćwiczenia - jest z gruntu nieszkodliwa a wręcz potencjalnie przydatna. O czym była już mowa. Jednak nie wszystkie pseudonaukowe terapie są niewinne w tym sensie. Dla przykładu: terapia dysleksji metodą DDAT to wydatek tysięcy funtów na skomplikowane ćwiczenia równowagi, które prawie na pewno niewiele zmienią, zaś teoria która głosi że autyzm to wynik zatrucia organizmu metalami prowadzi skutkuje bardzo inwazyjną terapią chelatacyjną – podaniem leków które mają „wypłukać” metale ciężkie z organizmu dziecka. W kontekście takich pomysłów zdrowy sceptycyzm jest na wagę złota.

Marcin Szczerbiński

Chodziłam do szkoły w tych czasach, gdy gimnastyka śródlekcyjna była praktykowana. Nie sądzę, aby wyrządzała nam krzywdę. Sama czasami proponuję uczniom, aby "poprzeciągali się" unosząc ręce w górę, szczególnie na lekcjach, gdy ćwiczymy algorytmy działań.
Powiem szczerze, że bałabym się stosować wszystkie te ćwiczenia proponowane w Kinezjologii Edukacyjnej, bo sama przypadkiem trafiłam na te książki i mogłabym swą niewiedzą więcej krzywdy wyrządzić niż pomóc. Uczę na wsi, więc też dość szybko rodzice stwierdziliby, że odprawiam gusła nad ich dziećmi zamiast uczyć matematyki.
Myślę również, że wprowadzenie czterech godzin wychowania fizycznego ma na celu wspierać rozwój fizyczny, a ten już sam będzie stymulował rozwój umysłowy ( niekoniecznie przy tym trzeba myśleć o powstawaniu "autostrad" łączących obie półkule).
Wracając do treści "Pseudonaukowych terapii" Pana Doktora. Od ładnych paru lat książki pisze, kto zna alfabet, więc nic dziwnego, że takie różne pseudonaukowe publikacje pojawiają się; należy jeszcze utworzyć takie "towarzystwo wzajemnej adoracji" i można zarabiać.
Jeśli chodzi o "Manipulowanie specjalistyczną terminologią: nadawanie już uznanym terminom naukowym całkiem nowych znaczeń, albo wymyślanie własnej terminologii, która co prawda brzmi naukowo i robi wrażenie, lecz tak naprawdę nic nie znaczy" - przecież niewielu ma odwagę krzyknąć, że król jest nagi.
Poszukiwanie dróg, aby trafić do ucznia jest ważne, więc może to dobrze, że czasami na rynku pojawi się coś o wątpliwej wartości naukowej, jeśli tylko pedagogów wytrąci z rutyny.
Wspomina Pan o wątpliwych kwalifikacjach autorów pewnych publikacji, ale to jest efekt - przynajmniej w Polsce - mnożenia się filii różnych uniwersytetów i wykładowców- pątników. Wiem kto przychodzi teraz do pracy, kosze na głowach nauczycieli lądują nie dlatego, że młodzież jest zła - tylko nauczyciele po "uniwersytetach w Wólce" nie mają pojęcia, jak pracować z młodzieżą.
Może skończą się pseudonaukowe terapie, gdy skończą swą działalność pseudouniwersytety. Pseudouniwersytety skończą swą działalność, gdy elita rządząca doceni edukację. I tym optymistycznym akcentem zakończę swoje dzisiejsze wywody.

Ewa Chudy

"Poszukiwanie dróg, aby trafić do ucznia jest ważne, więc może to dobrze, że czasami na rynku pojawi się coś o wątpliwej wartości naukowej, jeśli tylko pedagogów wytrąci z rutyny". Podoba mi się ta myśl. Chyba faktycznie przy poszukiwaniu nowych, lepszych rozwiązań nie obejdzie się bez prób i błędów.

Marcin Szczerbiński

Witam. Tak sobie przeczytałam te komentarze na temat nieszkodliwości ćwiczeń wg Dennisona ..Czy sam fakt, że są one oparte na fałszywych i niepotwierdzonych naukowo założeniach nie jest czymś złym? Czy etyczne jest wmawianie dzieciom skuteczności tych ćwiczeń( one się pytają, po co one są. Mam powiedzieć, że rozwijają umiejętność czytania ze zrozumieniem albo logiczne myślenie? Przecież to bujda. Mam kłamać, aby uzyskać efekt placebo?)?. Po drugie- niepokoi mnie jeszcze coś innego. Te ćwiczenia przypominają jogę. Mają swoje źródło w religiach wschodu. Czy to nie jest oswajanie dzieci z konkretną ideologią? Czy w przyszłości - jeśli się zetkną z religiami wschodu- nie wejdą w nie chętniej, łatwiej( efekt "ugotowanej żaby")?. Oczywiście, dla kogoś, kto jest powiedzmy ateistą, czy w ogóle ma światopogląd taki ogólnie rzecz biorąc "humanistyczny", nie ma to pewnie znaczenia. Ale co z chrześcijanami...? Wkraczamy na śliski grunt światopoglądów...Martwi mnie jeszcze coś innego. Otóż jestem nauczycielką i ZMUSZA się mnie do uczestnictwa w kursach z elementami kinezjologii i nie tylko( szkolenia oparte na założeniach, że jedna z półkul mózgowych jest dominująca, w co ja po prostu nie wierzę..). Wina leży w systemie- nauczyciel nie może odmówić dyrekcji, która służbowo na te szkolenia go wysyła
( odmowa może się równać wpisem nagany ustnej do akt, w przypadku kogoś, kto np. realizuje staż jest to mocno ryzykowne...), poza tym szkolenia te są finansowane przez UE i mają całkowite poparcie MEN...Stąd ja, jako zwykła, szara nauczycielka siedzę na tych szkoleniach, słucham- w moim mniemaniu- bzdur i jestem dalej zmuszana do konstruowania scenariuszy w oparciu o podawane metody i realizację tych scenariuszy w ramach "superwizji"...(czyt. hospitacji). Co ma robić nauczyciel w takiej sytuacji? Czuję się tak, jakby gwałcono moje prawo do wolności wyznania, do wolności słowa, nie wspominając już o prawie do wyboru metod....:(

Anna Niemiro

Marcin Szczerbiński

Blog dra Marcina Szczerbińskiego

Pochodzę z Bielska-Białej. W dzieciństwie miałem szczęście wędrować sporo po Beskidach i przeczytać wiele dobrych książek. Osobistych kontaktów z trudnościami w czytaniu i pisaniu miałem niewiele, czym jest dysleksja, dowiedziałem się właściwie dopiero w trakcie zajęć na czwartym roku studiów (psychologia, UJ – ach, piękny Kraków!), lecz problematyka ta szybko mnie zainteresowała. Zdecydowałem się napisać doktorat na temat psychologicznych mechanizmów uczenia się czytania i pisania. Ukończyłem go na University College London w 2001 roku. Przez dziesięć lat pracowałem jako wykładowca psychologii w instytucie logopedii na Uniwersytecie w Sheffield, ucząc głównie psychologii rozwojowej, metodologii badań, statystyki oraz problematyki czytania, pisania i dysleksji. W styczniu 2011 raz jeszcze zmieniłem kraj: obecnie pracuję w instytucie psychologii na uniwersytecie w Cork (Irlandia). Mam też trochę doświadczeń w pracy jako nauczyciel angielskiego, tłumacz i statystyk. Na moim biurku w pracy stoi bursztynowa róża – odznaka honorowego członkostwa Polskiego Towarzystwa Dysleksji, z której jestem bardzo dumny. Pytany o moje zainteresowania naukowe odpowiadam: „Wszystko, co wiąże się z fenomenem czytania i pisania” . O tym też będzie ten blog. Historia pisma; psychologiczne mechanizmy uczenia się czytania i pisania; metodyka nauczania tych umiejętności; analfabetyzm funkcjonalny; dysleksja, dysgrafia i dysortografia, ich mechanizmy, diagnoza i terapia – oto niektóre z tematów, które chciałbym poruszyć. Zapraszam do lektury i do dyskusji!